Lil Konon: „To moje perypetie z CatchUp’em”

fot. kadr z klipu CatchUp feat Gedz – Tik Tok

Czasami zastanawiam się, co śmiało możemy określić mianem „świeżego”, jeżeli chodzi o nasz rodzimy hip-hop. Nie powiecie mi, że nie spotkaliście się z tym określeniem tak samo, jak nie powiecie, że nie generowało ono wokół siebie burzliwej dyskusji i przepychanek. Przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że zna kogoś „świeższego”, przy okazji podkreślając, że wybór drugiej strony jest już dawno po terminie do spożycia.

Ja w tym roku sprawdziłem kilka albumów, które sprawiły, że czułem powiew świeżości wśród natłoku materiałów, które absolutnie nie miały nic ciekawego do zaoferowania, które były odgrzewanym kotletem, po których odbijało mi się niesamowicie. Poznałem też raperów, którzy absolutnie swoją muzyką otwierają okna i wpuszczają odrobinę świeżego powietrza – jednym z nich niewątpliwie jest CatchUp.

Z twórczością Grzegorza zetknąłem się już jakiś czas temu, ale uczciwie powiem, że traktowałem to bardziej jako luźną zajawkę, a nie jako coś, co może przerodzić się w regularne wydawnictwo, najzwyczajniej. Nie będę też ukrywał, że zacząłem przyglądać się nieco uważniej od momentu, kiedy do Internetu zaczęły wlatywać jego tik-tokowe kompilacje tworzenia numerów z dupy, tak – z dupy. Totalnie stałem się fanem tych wrzutek, na których CatchUp korzysta z losowych przedmiotów, przy których użyciu tworzy elementy bitu, które służą często jako źródło podbić i tego, co dzieje się „z tyłu” numeru. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko do momentu usłyszenia finalnej wersji – brzmi jak jeden wielki żart. Jakie też zaskoczenie spotyka nas, wtedy kiedy otrzymujemy gotową wersję. Trzeba przyznać, że jest w tym tyle lekkości, swobody, przychodzi to CatchUp’owi tak łatwo, że aż chciałoby się usłyszeć album stworzony w taki sposób. Oczywiście trzeba tutaj z miejsca wspomnieć o tym, że Grzegorz jest absolwentem Szkoły Muzyki Nowoczesnej, zresztą krótki odcinek na ten temat możecie znaleźć na YouTube. Myślę, że wielu z Was nie wiedziało o tym i brało CatchUp’a za totalnego freaka – miałem tak również.

Moją największą obawą było to, że w momencie wydawania POWAŻNYCH rzeczy, to wszystko straci na tym, o czym wspomniałem wyżej – na lekkości, swobodzie, nie będzie w tym tego, za co ludzie w głównej mierze propsują jego zajawkę. Te obawy poniekąd sprawdziły się w momencie, kiedy pojawiły się pierwsze numery, które nie były tik-tokową beczką. Nie będę ukrywał, że byłem pełen obaw co do jego legalnego debiutu i na szczęście – niepotrzebnie. Dawno żaden materiał nie poprawiał mi tak humoru jak „Perypetie”. Za każdym razem, gdy słucham albumu CatchUp’a – cieszy mi się morda. Nie wiem, nie potrafię tego opisać inaczej, najzwyczajniej jego muzyka poprawia mi humor i wprowadza w zajebisty nastrój. Absolutnie jestem fanem takiego robienia muzyki, która zwraca uwagę, nie tylko na to jak brzmi główne danie, ale na równi stawia to, co obok – z zajebistymi podbiciami w tle, które niekiedy brzmią mocno „Travisowo”. Byłem też bardzo ciekaw, jak wygląda to w przypadku koncertów i pod koniec sierpnia miałem okazję sprawdzić to na własnej skórze, przy okazji wspólnej trasy z Hodakiem.

Oczywiście to jedynie dodatek do tego wszystkiego, ale biorąc pod uwagę to, że jest jednym z najświeższych artystów na scenie, dodając do tego to, że budzi niesamowitą sympatię i to chyba na wszystkich możliwych płaszczyznach – wróżę mu spory sukces. Oczywiście nie mówię tutaj o hajpie pokroju Maty, nie mówię też o takich liczbach. Naprawdę możemy spacerować ze świecą w dłoni i szukać raperów, których możemy opisać w podobny sposób jak „keczapa”. Wiecie, czasami ktoś posiada „papiery” na to, by robić świetne muzyczne rzeczy, ale mimo wszystko czegoś w tym wszystkim brakuje.

W moim przekonaniu brakuje tego, co artysta jest w stanie zbudować, jeżeli chodzi o relację ze swoimi odbiorcami, a CatchUp robi to doskonale.

Tutaj może wjedzie też nieco prywaty, ale po koncercie w Warszawie miałem okazję porozmawiać chwilę z Grzesiem i totalnie od pierwszych sekund czułem się, jakbym spotkał starą dobrą mordę, z którą nie miałem okazji pogadać od dłuższego czasu. Podkreślam, że to jedynie detale, ale detale, które finalnie składają się na to, że odbieram go tak pozytywnie. Sami wiecie, że wielokrotnie muzyk jest świetny, ale raczej nie przekonuje Was swoją osobą. Identycznie dzieje się w przypadku kiedy kogoś muzyka jest dla Was średnia, ale prywatnie uznajecie daną osobę za kogoś zajebistego. Nie jest wtedy tak, że podświadomie nieco przychylniej zerkacie na jego muzykę? Pewnie, że tak jest. Tutaj na szczęście nie ma o tym mowy, bo CatchUp totalnie ma wszystko.

Widzicie, rozpocząłem ten tekst, podkreślając kilka razy słowo „świeżość”. Był to niejako wstęp do tego, co chciałem powiedzieć Wam o postaci Grzegorza, bo uważam go za osobę, która absolutnie powinna być kojarzona z tym słowem i to pod kątem robienia muzyki. Cała reszta to oczywiście dodatek, który mimo wszystko sprawia, że tych plusów wokół jego osoby pojawia się zupełnie sporo. Wiecie, to nie tekst, który ma na celu lizanie dupy, ale uważam, że jeżeli na naszej rodzimej scenie pojawiają się osoby, które oprócz niebywałego talentu, są w stanie na każdym kroku wywołać uśmiech na naszych twarzach – należy o tym wspominać, jak najczęściej.

Korzystając z okazji, chciałbym jedynie powiedzieć, że „Perypetie” są materiałem, który obecnie nie opuszcza moich słuchawek i nawet nowsze rzeczy nie są w stanie sprawić, bym się od niego oderwał. Polecam serdecznie.

Ciekawe tematy

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Ciekawe tematy