To coś więcej niż stara szkoła. Małachowski sznyt po trzydziestce – recenzja BYQ

fot. @malach_mrcrew

To coś więcej niż stara szkoła

Małachowski sznyt aż wylewa się z tej płyty. Wylewa się w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Coraz rzadziej znajdziemy raperów, którzy zdecydują się zmienić swój „mikrofon”, aby tylko dopasować się pod bieżące trendy. Małach nie musi znać słowa „trend”, żeby wydać album tworzący nowe pochodne. Z tego, co możemy usłyszeć, mamy do czynienia z old’schoolem, ale przez małe „o”, a wielkie „S”. Bezprecedensowo wyraz „old” musi odejść do lamusa. BYQ to prędzej nowa szkoła, która stawia na charyzmę i muzyczny pazur. Może się wydawać, że „blok” jest zarezerwowany dla numerów tamtej dekady, jednak tak nie jest. Tutaj międzywierszowy „blok” nie jest szary ani przejaskrawiony, a autentyczny i szczery. Czuć, że BYQ to płyta z polotem i próbą stworzenia czegoś pod każdy typ słuchacza. Nie trudno ominąć „Obdrapany marmur” i gościnny udział Kukona. Nie trudno ominąć „Raport z osiedla” i Janusza Walczuka. To są przykłady mało spodziewanych połączeń, jednak mogących świadczyć o muzyce Małacha na własnych zasadach. Dobrą zagrywką stało się wybranie tych dwóch numerów do grona kawałków promujących album. Takie gościnki ułatwiają dotarcie do młodszego pokolenia słuchaczy, a Małach zapewne na to właśnie liczył. Do grona promotorów zaliczymy również „Nadbagaż”, „Zahartowany”, czy „Żyję” i ostatni opublikowany klip „Palę”.

„BYQ” jest prostą i rozsądną kalkulacją tego, co było i będzie

Te utwory są szybką kalkulacją — zebranie przeszłości w całość, odłożenie jej na odpowiednie miejsce i zabranie się za przyszłość, niezwykle istotną dla faceta po trzydziestce. Zdaje sobie sprawę, że wiele równie istotnych rozliczeń miało miejsce na poprzednich albumach, niemniej ten krążek wygląda na szczery do bólu. „Żyję” wydaje się numerem zadziwiająco szczerym i kładącym prawdomówność na pierwszym miejscu. Ten numer jest dowodem, jak tak naprawdę można żyć w zgodzie z samym sobą.

Palić można, gdziekolwiek się chcę, ale nie zawsze musi to być nikotyna. Małachowi udało się zapalić mikrofon do tego stopnia, że pojawiło się „Palę”. Rytmika przypomina mi klaskanie w przedszkolu, lecz to nie zmienia faktu dobrych i trafnych linijek. Zahartowany człowiek nie wyda okrzyku słabości wśród narastającego tętna. Niedługo wers „I teksty oceniał mi gość, co się ni chuja nie znał” zacznie dotykać i mnie, ale spróbuję tak samo uszczelnić charakter, jak to uczynił Małach w „Zahartowanym”. Dekadentyzm omija Małacha szerokim łukiem, a szczególnie „Zahartowany” i „Nadbagaż” to single o odpowiedzialnym brzmieniu. Zdecydowanie te kawałki ociekają szczerością i na własne przeczucie można by było zaufać temu, o czym nawija autor. Teksty, brzmienia i liryka wprowadzają w jakościowe zauroczenie, łatwo nie uciekając z głowy. Nie przepadam za kategoryzowaniem czegokolwiek i w kwestii „Nadbagażu” też tak nie będzie. Ten numer jest jedną z mocnych i konsekwentnych prób udowodnienia małachowskiej jakości. Takie próby kojarzą mi się z nacechowanymi indywidualnościami, które potrafią przewyższyć wyżej wspomniane „trendy”. Wisienka na torcie tego albumu, czyli bezkompromisowo „Obdrapany marmur”. Przed przesłuchaniem spodziewałem się solidnego duetu, ktoś taki jak Kukon przecież nie może się zmarnować. Po przesłuchaniu zrozumiałem, że jest tam dwóch piromanów, rozpalających ogień, gdzie tylko się da. Bez najmniejszych skrupułów. Dostaliśmy utwór, który przechytrzył moje (już i tak) wyolbrzymione oczekiwania.

Pazur i stanowczość to wizytówka Małacha

Reszta numerów też jest dobra, ale tylko „dobra”. Na równi do kawałków z listy wyżej wymienionych wskoczy „Nienawidź”, świetnie wpasowujący się w mocny i charakterny takt rapera. Wśród tych kawałków zauważyłem rozbieżność, a w zasadzie skoczność między mocnymi i zawziętymi singlami, a numerami opiewającymi w stonowane brzmienia i przyziemność. Katoński vibe powinien być wizytówką Małacha. Mowa tutaj o numerach takich jak „BYQ”, „Po 30” i „Ruszył”. Osobiście nie przepadam za mocno refleksyjnymi i istnie coach’ingowymi trakami. Chodzą mi po głowie kawałki „Jestem”, „Jeszcze przyjdzie czas”, „Ashwagandha” i „Podróż”. One wypadają stopień gorzej i tworzą nijakość.

Poza tą rubryką usłyszymy „My” z Gibbsem na refrenie. Nie muszę nikomu przypominać, że Małach zasięgnął po mistrza storytellingu i artystę znającego się na rzeczy. Ten utwór plasuje się pomiędzy dwoma wyznacznikami omawianymi wcześniej. Zanim skończę, muszę jeszcze pochwalić Kacpra HTA pomagającego zatrzymać „Nie ma mnie” przed drugą stroną obozu. Karkołomnym wyzwaniem byłoby szukanie i wyolbrzymianie konkretnego mankamentu o, którym mógłbym napisać gorzkie słowa. Musiałbym żyć przeciwko sobie, aby napisać o tej płycie, że jest przereklamowanym wybrykiem trzydziestolatka. Małach zaskakuje, podnosząc nad sobą wysoko poprzeczkę i przyszłościowe oczekiwania słuchaczy.

Ciekawe tematy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Ciekawe tematy