PO PROSTU SENTINO – RECENZJA ALBUMU: KING SENTO

fot. kadr z klipu „Życie które znam”

Będzie to muzyka w stylu francuskim, będzie to muzyka, której będzie można słuchać w aucie, będzie to muzyka nie taka ciężka i ciemna jak czary mary…” – tłumaczył podczas jednego z instagromowych live-ów Sentino.

Co tu dużo mówić… wszystko się w sumie zgadza. Jest to mocno wakacyjny, luźny i niezbyt angażujący album. Nie jest to nic niezwykłego, ale nie dostaliśmy też totalnego kiczu i płyty słuchało mi się całkiem przyjemnie. Mimo to nie jest to album, za który zapłaciłbym 69 zł (właśnie tyle wynosi cena fizyka), tym bardziej że to zaledwie 30 min. materiału.

Jakimś gigantycznym fanem Sebastiana nigdy nie byłem i dość oczywiste jest, że jego osobą na nowo zainteresowałem się podczas ostatnich głośnych aferek. Jako ten „niedzielny” słuchacz bardzo chciałbym dowiedzieć się, o co chodzi z balansem, między wokalem a ścieżką muzyczną, a raczej jego brakiem. Naprawdę nie wiem czy moje zalane rapem uszy już powoli szwankują, czy głos Sentino za słabo słychać. Dochodzi do tego fakt dziwnego „mamrotania” i śpiewania pod nosem na trackach, który również utrudnia zrozumienie niektórych numerów i w żaden wypadku nie zahaczam tu o kwestię etniczne. Możliwe, że to jakaś dziwna koncepcja, której po prostu nie rozumiem – jednak, w mojej skromnej opinii psuje to odsłuch całej płyty.

Przelecę po krótce parę wersów/numerów, które w jakiś sposób zwróciły moją uwagę.

Mam tak wyje*ane na temat raperów…” – słyszymy w kawałku La Línea. Albo Sentino ma bardzo słabą pamięć, albo po prostu wyparł fakt, że jeszcze niedawno sam zaczepiał wielu artystów, jak i zaczepiany przez nich prowadził liczne live-y, na których często tematem przewodnim był właśnie jakiś raper. Sebastian nie ma wyj*bane, Sebastian zyskał nowe życie na scenie, wybijając się na plecach kolegów z branży. Tak to niestety wygląda.

Ciekawym „kwiatkiem” jest numer R.2.K.. Mam wrażenie, że Sentino tworzył numer na innym bicie, niż widzimy w finalnej wersji, bo jak inaczej wytłumaczymy tak zauważalne wypadanie z bitu? On sobie, a muzyka sobie. Ponownie, możliwe, że jest to zamierzony zabieg, jednak brzmi to fatalnie i nie wiem jakim cudem to przeszło.

Zatrzymałbym się jeszcze na chwilę przy numerze Rémy Martin, dzięki któremu cofnąłem się w czasie. Momentalnie przypomina mi się pewna koleżanka, która lubi Abu Dhabi, a Sentino lubi, kiedy mówi do niego… Tak, zgadliście, bije tu oczywiście do numeru Tatuażyk, który jest bratem bliźniakiem Rémy Martin. Przyjemny wakacyjny numer.

Jest to już 4. album Sentino w tym roku, a mamy dopiero 7. miesiąc. Z jednej strony trzeba oddać mu gromkie brawa, bo mało który raper może pochwalić się takim tempem wydawniczym – z drugiej może właśnie przez to tempo niektóre numery są po prostu niedopracowane.

Zaskakujący, a zarazem pocieszający jest fakt, że na płycie KING SENTO praktycznie nie znajdziemy jakichś kontrowersyjnych wersów, czy niepotrzebnych zaczepek. Oczywiście nie obeszło się bez gigantycznego samouwielbienia rapera i wywyższania się ponad wszystkich, jednak myślę, że się do tego przyzwyczailiśmy. Dzięki temu dostaliśmy płytę, która jest oderwaniem od mających niedawno miejsce wydarzeń i zarówno psychofani, jak i hejterzy Sentino mogą pójść w swoje strony.

Sama ocena albumu była dla mnie o tyle ciężka, że przez wgląd na burzliwy okres w karierze artysty, trudno mi było nie podejść do nowego albumu, inaczej niż z przymrużeniem oka. Przez swoje wybryki stracił dość mocno zarówno na wizerunku, jak i na autentyczności.

Reasumując: było to dla mnie całkiem przyjemne doświadczenie, które nie porwało mnie na tyle, żeby jakoś często wracać do owego materiału.

Ciekawe tematy

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Ciekawe tematy