Nic nie musi – fajnie, że chciał! Recenzja „Głowy Rodziny” Białasa

Freak Fight

Zastanawiam się czasem, w którym momencie kariery raper może sobie powiedzieć wprost: „Ja już nic nie muszę”. Taki Quebonafide próbuje to powiedzieć już od dwóch lat, taki Sentino mógłby już spróbować dwa lata temu. Białas natomiast bez dwóch zdań może sobie tak powiedzieć już dziś, ale sprawa z nim jest inna. Mimo, że już naprawdę nic nie musi robić, to mamy niewiarygodnego farta, że czasem coś jeszcze mu się chce.

ZOBACZ TAKŻE: TRZEBA WIEDZIEĆ KIEDY ZE SCENY ZEJŚĆ. PEZET „MUZYKA KOMERCYJNA” – RECENZJA

Wszyscy kurwa jadą na jedno kopyto

„Głowa Rodziny” to EPka wydana w stylu prawie, że takohemingłejowskim – parę tygodni temu pojawiły się jakieś niejasne przesłanki, że przez nikogo nieproszony Białas może coś jeszcze wydać w tym roku. Oficjalnie zrobiło się, kiedy wszelacy redaktorzy pochwalili się, że zostały im wysłane przedpremierowe test-pressy (rapowo.pl na przykład), po czym bez żadnej daty premiery, ni stąd, ni zowąd album pojawił się na streamingach. Złośliwi powiedzieliby, że mogliśmy się domyślać, że płyta wyjdzie w urodziny Białasa, ja jednak złośliwy nie jestem, więc tego nie powiem.

Najnowszy projekt wiadomego rapera jest niemalże konceptualny – koncept jest taki, że autorowi urodziło się dziecko, wybudował mu się dom, firma mu się rozwinęła, a żona zakupiła mu Thermomix. On sam czuje się już trochę na schyłku kariery, a jeśli nie, to na pewno nie na etapie, w którym musi ścigać się o tytuł najlepszego rapera w Polsce, jak to miał w zwyczaju przez ostatnią dekadę. Dlatego nie usłyszymy już pustej braggi, w której rap jest dobry, bo raper tak powiedział. Bragguje tu się z innych powodów, błyskotliwość zastępuje treściwością.

Gdzie się tylko nie pojawię, zaraz chwalę się swoją córą

„Głowa” przepełniona jest satysfakcją z obecnego miejsca w życiu warszawskiego przedsiębiorcy – zabijcie mnie, ale „Zosia” to najbardziej uroczy, rapowy utwór od czasów… „Mamy” Solara/Białasa? Odczuwam niepojętą satysfakcję ze słuchania, jak wiecznie zakatarzony, wkurwiony na wszystkich, wchodzący w każdą dostępną do wejścia utarczkę słowną raper nagle opowiada o tym, że ma miłość, rodzinę, pieska i las niedaleko. Jeszcze bardziej satysfakcjonujące jest to, że jego mikrofon zdaje się łapać wokal dopiero na drugim miejscu, bo na pierwszym przez cały numer rejestruje on szczery, ciepły uśmiech wykonawcy.

O ile wholesome-apogeum ma miejsce właśnie tam, to równie przyjemnie słucha się jak na gitarkowym drillu Białas apostrofuje do swojej matki wyrazy wdzięczności oraz zapewnienie, że już z nim jest w porządku. Równie przyjemnie wysłuchuje się storytellingu o spędzeniu z rodziną soboty, użytego by potęsknić trochę za stylem życia beja. Może nie przyjemnie, bo z dziwnym ukłuciem starości z tyłu głowy, odbiera się deklarację, wedle której Białas za pięć lat miałby kończyć karierę, by posłuchać się Markowskiego z „Niepokonanych”.

Bardzo podoba mi się fakt, że opisałem już połowę płyty. To świetny przykład tego, jak można wykorzystać formułę EPki – raper czasem stanie przed problemem: „Mam coś do powiedzenia, ale nie tyle, by napisać o tym piętnaście numerów, bo będę się powtarzał co dwa wersy. Co więc zrobię?” Twój ulubiony raper prawdopodobnie napisałby te piętnaście numerów, chyba że akurat jest nim Białas. Skondensowana forma, umiejętność przekazania swoich myśli i emocji w całkiem zwięzłej formie to, wydawać by się mogło, fajna umiejętność. Przydatne to musi być, bo dzięki temu zrobiło się trochę miejsca na jebanie rządu, obserwacje społeczeństwa i delikatnie bardziej wkurwionego Białasa.

To, że twoimi jedynymi dziećmi przestali być twoi słuchacze, wcale nie oznacza, że przestajesz umieć rapować. Dla mnie zawsze autor „Głowy” był takim pewniakiem, który nie zepsułby Ci kuponu nawet na tegorocznym mundialu. Pewność siebie i zwyczajny, rapowy i techniczny skill to atuty, jakich pozbyć się nie umie i jakie wciąż sprawiają, że kiedy Białas się odzywa, to się go po prostu słucha. Może nie buduje się tutaj flow od podstaw, ale – zostając w piłkarskich metaforach – zwycięskiego składu się nie zmienia. Styl Białasa mi się nie może znudzić, być może dlatego, że sprawdzam i zapętlam pewnie co drugą jego płytę, więc nie ma kiedy mi się przejeść. Na szczęście dla tego tekstu, „H8M5” chyba do tej pory nie przesłuchałem w całości.

Jej MPC to Thermomix

Jak wspominałem, gitarkowy drill do „Mamo jestem już duży” jeszcze jestem w stanie znieść, nawet bym powiedział, że mi się podoba, jednakże moja cierpliwość do drillowych hybryd została nadużyta przy okazji „Niezwykle zwykłych” – co innego letnia gitarka pasująca do tematu, co innego jakieś postazjatyckie, sielankowe plumkania o niepokojąco wysokiej częstotliwości. Reszta bitów bez zarzutu – być może „PRL22” jest za smutny, by do niego potupać, ale trochę się chce. Być może Lanek nie ma zbyt mocnego wydawniczo półrocza, ale zupełnie mu to nie przeszkadza, by kunszt produkcji ustawić poziomy wyżej od Wroobla, który przecież amatorem też już nie jest.

Powoli z rapera się zmieniam w inwestora

Fajnie jest posłuchać raz na czas kogoś, kto faktycznie ma coś nowego do zarapowania, umie to zrobić i wyzbywa się zapychaczy. Kto wie, gdyby miał więcej czasu, pewnie byłby w stanie jeszcze nieraz namieszać na rynku solowym albumem, jednak ja nie mam od niego już takich wymagań – jeśli jego obecny tryb wydawniczy ma owocować w taki sposób, to niech kupi sobie drugiego pieska. Chmurkę najlepiej.

Czy powinniśmy się oburzać, że niegdyś symbol bezczelności, agresji i panczlajnu rapuje siedem utworów o swoim dziecku i psie? Oczywiście, że nie. Powiem więcej! Jeżeli trzymamy się którejś z przestarzałych definicji, mówiących, że rap powinien być na faktach i prosto z serca, to mamy do czynienia z jedną z najbardziej rapowych płyt tego roku.

Cała rapgra w jednym miejscu. Obserwuj nas także na – Google News.

fot. @osiemdziewiec

7 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Zastanawiam się czasem, w którym momencie kariery raper może sobie powiedzieć wprost: „Ja już nic nie muszę”. Taki Quebonafide próbuje to powiedzieć już od dwóch lat, taki Sentino mógłby już spróbować dwa lata temu. Białas natomiast bez dwóch zdań może sobie tak powiedzieć już dziś, ale sprawa z nim jest inna. Mimo, że już naprawdę nic nie musi robić, to mamy niewiarygodnego farta, że czasem coś jeszcze mu się chce.

ZOBACZ TAKŻE: TRZEBA WIEDZIEĆ KIEDY ZE SCENY ZEJŚĆ. PEZET „MUZYKA KOMERCYJNA” – RECENZJA

Wszyscy kurwa jadą na jedno kopyto

„Głowa Rodziny” to EPka wydana w stylu prawie, że takohemingłejowskim – parę tygodni temu pojawiły się jakieś niejasne przesłanki, że przez nikogo nieproszony Białas może coś jeszcze wydać w tym roku. Oficjalnie zrobiło się, kiedy wszelacy redaktorzy pochwalili się, że zostały im wysłane przedpremierowe test-pressy (rapowo.pl na przykład), po czym bez żadnej daty premiery, ni stąd, ni zowąd album pojawił się na streamingach. Złośliwi powiedzieliby, że mogliśmy się domyślać, że płyta wyjdzie w urodziny Białasa, ja jednak złośliwy nie jestem, więc tego nie powiem.

Najnowszy projekt wiadomego rapera jest niemalże konceptualny – koncept jest taki, że autorowi urodziło się dziecko, wybudował mu się dom, firma mu się rozwinęła, a żona zakupiła mu Thermomix. On sam czuje się już trochę na schyłku kariery, a jeśli nie, to na pewno nie na etapie, w którym musi ścigać się o tytuł najlepszego rapera w Polsce, jak to miał w zwyczaju przez ostatnią dekadę. Dlatego nie usłyszymy już pustej braggi, w której rap jest dobry, bo raper tak powiedział. Bragguje tu się z innych powodów, błyskotliwość zastępuje treściwością.

Gdzie się tylko nie pojawię, zaraz chwalę się swoją córą

„Głowa” przepełniona jest satysfakcją z obecnego miejsca w życiu warszawskiego przedsiębiorcy – zabijcie mnie, ale „Zosia” to najbardziej uroczy, rapowy utwór od czasów… „Mamy” Solara/Białasa? Odczuwam niepojętą satysfakcję ze słuchania, jak wiecznie zakatarzony, wkurwiony na wszystkich, wchodzący w każdą dostępną do wejścia utarczkę słowną raper nagle opowiada o tym, że ma miłość, rodzinę, pieska i las niedaleko. Jeszcze bardziej satysfakcjonujące jest to, że jego mikrofon zdaje się łapać wokal dopiero na drugim miejscu, bo na pierwszym przez cały numer rejestruje on szczery, ciepły uśmiech wykonawcy.

O ile wholesome-apogeum ma miejsce właśnie tam, to równie przyjemnie słucha się jak na gitarkowym drillu Białas apostrofuje do swojej matki wyrazy wdzięczności oraz zapewnienie, że już z nim jest w porządku. Równie przyjemnie wysłuchuje się storytellingu o spędzeniu z rodziną soboty, użytego by potęsknić trochę za stylem życia beja. Może nie przyjemnie, bo z dziwnym ukłuciem starości z tyłu głowy, odbiera się deklarację, wedle której Białas za pięć lat miałby kończyć karierę, by posłuchać się Markowskiego z „Niepokonanych”.

Bardzo podoba mi się fakt, że opisałem już połowę płyty. To świetny przykład tego, jak można wykorzystać formułę EPki – raper czasem stanie przed problemem: „Mam coś do powiedzenia, ale nie tyle, by napisać o tym piętnaście numerów, bo będę się powtarzał co dwa wersy. Co więc zrobię?” Twój ulubiony raper prawdopodobnie napisałby te piętnaście numerów, chyba że akurat jest nim Białas. Skondensowana forma, umiejętność przekazania swoich myśli i emocji w całkiem zwięzłej formie to, wydawać by się mogło, fajna umiejętność. Przydatne to musi być, bo dzięki temu zrobiło się trochę miejsca na jebanie rządu, obserwacje społeczeństwa i delikatnie bardziej wkurwionego Białasa.

To, że twoimi jedynymi dziećmi przestali być twoi słuchacze, wcale nie oznacza, że przestajesz umieć rapować. Dla mnie zawsze autor „Głowy” był takim pewniakiem, który nie zepsułby Ci kuponu nawet na tegorocznym mundialu. Pewność siebie i zwyczajny, rapowy i techniczny skill to atuty, jakich pozbyć się nie umie i jakie wciąż sprawiają, że kiedy Białas się odzywa, to się go po prostu słucha. Może nie buduje się tutaj flow od podstaw, ale – zostając w piłkarskich metaforach – zwycięskiego składu się nie zmienia. Styl Białasa mi się nie może znudzić, być może dlatego, że sprawdzam i zapętlam pewnie co drugą jego płytę, więc nie ma kiedy mi się przejeść. Na szczęście dla tego tekstu, „H8M5” chyba do tej pory nie przesłuchałem w całości.

Jej MPC to Thermomix

Jak wspominałem, gitarkowy drill do „Mamo jestem już duży” jeszcze jestem w stanie znieść, nawet bym powiedział, że mi się podoba, jednakże moja cierpliwość do drillowych hybryd została nadużyta przy okazji „Niezwykle zwykłych” – co innego letnia gitarka pasująca do tematu, co innego jakieś postazjatyckie, sielankowe plumkania o niepokojąco wysokiej częstotliwości. Reszta bitów bez zarzutu – być może „PRL22” jest za smutny, by do niego potupać, ale trochę się chce. Być może Lanek nie ma zbyt mocnego wydawniczo półrocza, ale zupełnie mu to nie przeszkadza, by kunszt produkcji ustawić poziomy wyżej od Wroobla, który przecież amatorem też już nie jest.

Powoli z rapera się zmieniam w inwestora

Fajnie jest posłuchać raz na czas kogoś, kto faktycznie ma coś nowego do zarapowania, umie to zrobić i wyzbywa się zapychaczy. Kto wie, gdyby miał więcej czasu, pewnie byłby w stanie jeszcze nieraz namieszać na rynku solowym albumem, jednak ja nie mam od niego już takich wymagań – jeśli jego obecny tryb wydawniczy ma owocować w taki sposób, to niech kupi sobie drugiego pieska. Chmurkę najlepiej.

Czy powinniśmy się oburzać, że niegdyś symbol bezczelności, agresji i panczlajnu rapuje siedem utworów o swoim dziecku i psie? Oczywiście, że nie. Powiem więcej! Jeżeli trzymamy się którejś z przestarzałych definicji, mówiących, że rap powinien być na faktach i prosto z serca, to mamy do czynienia z jedną z najbardziej rapowych płyt tego roku.

Cała rapgra w jednym miejscu. Obserwuj nas także na – Google News.

fot. @osiemdziewiec

7 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

spot_img