Lil Konon: Brakuje mi numeru, w którym wku*wiony ReTo pędziłby na jeszcze bardziej wku*wionym koniu — recenzja „W samo południe”

Na początku października po ponad trzech latach solowej posuchy, otrzymaliśmy album „W samo południe” od ReTo, którego tracklista prezentuje się następująco:

  1. Rewolwer
  2. Billy Kid
  3. Alarm
  4. Blask
  5. Bourbon
  6. Gitara
  7. Paw
  8. Jeździec
  9. Lemur
  10. Kingda Ka
  11. Forsa
    Bonus Track:
  12. Smartwatch feat. Saful x Joda
  13. BMW feat. Avi
  14. Gadou feat. Zetha x Olsza
  15. Serce feat. Frosti x Żaku x Czerwin

Nie będę ukrywał, że najnowszy solowy krążek ReTo nie przypadł mi do gustu przy pierwszym poznaniu, ale ja doskonale znam swoje uszy i wiem, że muszę zrobić sobie 1-2 dni przerwy i wrócić ponownie – wtedy odbiór jest taki, jak być powinien.

Czy coś się w takim razie zmieniło?

Zacznijmy od tego, że album ma mocno nakreśloną tematykę, która jest ściśle związana z Dzikim Zachodem i to początkowo przeszkadzało mi najmocniej. Nie, nie sama tematyka, a produkcje, którym absolutnie nic nie ujmuje, ale które przy okazji singli miały w sobie tak wiele wspólnych elementów, że momentami męczyło to ucho i zlewało się niemiłosiernie. Sam wielokrotnie podkreślałem, że singlom brakowało agresywnego rewolwerowca i aż prosiło się o coś mocniejszego, przynajmniej dla mnie.

Cieszy więc to, co pojawiło się przy okazji premiery, bo mimo że pozostałe numery również miały produkcyjnie westernowe zacięcie, to jednak było ono dużo bardziej urozmaicone i przy okazji numeru „Alarm” wiedziałem, że pod względem podkładów, nie będzie to monotonne. Na szczęście nie jest, ale single mnie pod tym względem zaniepokoiły.

Oczywiście, zgodzę się, że album „W samo południe” jest dopracowany, spójny i zapewne najdojrzalszy w karierze rapera. Ja jednakże po kilkukrotnym sprawdzeniu całości wiem, co przeszkadza mi w nowej płycie rapera, co nieco psuje odbiór. Na krążku jest bardzo dużo śpiewania, podśpiewywania i uważam, że to coś, do czego mógłbym się przyczepić. Pod tym względem album jest dla nie nierówny, bo natrafiam tutaj na momenty, które wypadają bardzo dobrze, ale też na takie, których ciężko mi się słucha. Do mnie zdecydowanie bardziej trafia agresywny Igor, aniżeli ten starający się być melodyjny, nie zawsze, ale przeważnie. Natrafiłem na głosy, że ReTo znów o tym samym, że tekstowo nie różni się to od poprzednich materiałów, ale ja wyłapałem kilka fajnych rozkmin. Uważam, że od tej strony raper poradził sobie bardzo fajnie, bo nawet jeżeli nawiązuje kolejny raz do tych samych rzeczy, to mimo wszystko wkleja je w westernowy klimat krążka i to kolejny raz podkreśla spójność materiału, bo nawet jeżeli komuś nie siada to, co muzyczne – musi przyznać, że absolutnie ma to ręce i nogi.

Przy każdym kolejnym odsłuchu album „W samo południe” podobał mi się bardziej, ale czy na tyle, by określać go mianem płyty roku? W żadnym razie. Wiecie, naczytałem się trochę porównań tego krążka oraz płyty „Młody Matczak” i zauważyłem sporą przewagę materiału ReTo, rzekłbym wręcz, że komentarzy negatywnych nie było w zasadzie w ogóle, a jeżeli już się pojawiały, to raczej traktowały o braku zaskoczenia. Ja jestem gdzieś pomiędzy, bo po dłuższym spacerze z płytą członka Chillwagon uważam, że jest to album dobry, ale w moim mniemaniu brakuje mu dużo do miana krążka 2021 i nie dlatego, że zostało jeszcze kilka miesięcy, ale dlatego, że w tym roku wyszło kilka dużo lepszych pozycji, najzwyczajniej.

ZOBACZ TAKŻE: MATA = KLAPA? RECENZUJEMY „MŁODEGO MATCZAKA”

Nie posiadam wersji preorderowej. Z tego też powodu nie sprawdziłem dodatkowych numerów, na których pojawili się goście, ale w oparciu o to, co pojawiło się na streamingach – nie brakuje mi gościnnych zwrotek. Może to dziwne, bo przeważnie jest tak, że ucho wręcz domaga się urozmaicenia i przełamania, tutaj nie i uważam to absolutnie za plus, chociaż nie powiem – jakaś bluesowa zwrotka czy refren wpasowałyby się idealnie, mając przecież z tyłu głowy charakter całego albumu, ale to detal.
Muszę jednak przyznać, że goście, którzy pojawili się w bonusowych numerach, zaskoczyli bardzo i nie mówię tutaj o samych numerach, bo przecież ich nie słuchałem, ale o ksywach. Oczywiście nie mam tutaj na myśli reprezentantów Chillwagonu i Aviego, bo tego w zasadzie mogliśmy się spodziewać, ale Saful, Joda, Frosti, Żaku czy Czerwin to ksywy, w które osobiście bym nie celował. Z drugiej strony wiecznie narzekamy, że rapowe krążki są przepełnione gośćmi, którzy pojawiają się na większości albumów, więc w zasadzie powinniśmy tutaj dopisać mały plusik. Na streamingach jednak jest 11 kawałków i zastanawia mnie trochę to, że nie narzeka się tam mocno jak przy okazji „Pleśni” od Guziora. Fakt, Guzior dał nam raptem 10 kawałków, w tym sequel „Fali”, ale ja jestem akurat za tym, by rapowe płyty miały maksymalnie 12 numerów. Czemu? Dlatego, że przy mniejszej liczbie kawałków mam chęć odpalić krążek raz jeszcze, czując trochę muzyczny głód, a nie wyobrażam sobie tego w przypadku kiedy płyta zawiera blisko 20 pozycji.

„W samo południe” ma mocne momenty, ale też takie, którym do tego daleko. Oczywiście, jestem przekonany, że fani Igora, którzy są z nim od dłuższego czasu, będą bronić tego materiału jak lwy, argumentując to tym, że każdy kolejny krążek różni się od siebie, ale musimy oceniać konkretny materiał – bez zestawiania go w tym przypadku z pozostałymi. Sam uważam, że nie wszystkie komory w tym rewolwerze posiadają naboje, a szkoda, bo brakuje mi numeru, w którym wku*wiony ReTo pędziłby na jeszcze bardziej wkurwionym koniu. Ktoś powie, że przecież są tam mocne i agresywne numery, ale ja pod tym względem nieco inaczej wyobrażam sobie Dziki Zachód. Nie zmienia to faktu, że tak jak psioczyłem przy dziewiczym odsłuchu na ten album, tak przy wielokrotnym poznaniu zauważam wiele plusów, które gdzieś tam przepychają się z minusami, z których największym są śpiewane momenty, nie zawsze, ale jednak jest tego odrobinę za dużo i nie zawsze głaszczą one moje ucho.

Ciekawe tematy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Ciekawe tematy