Czy Szczyl troszkę nas nie zanudził? — recenzja ”Polskiej Florydy”

fot. kadr z klipu Szczyl feat. Tymek – Anastazja

Polska Floryda’’ to jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt ostatnich miesięcy. Postać Szczyla była dla mnie intrygująca od samego początku. Mówiąc ”początek” mam na myśli rzecz jasna pojawienie się rapera w SBM Starter.

ZOBACZ TAKŻE: SZCZYL: „WEJŚCIE W TĘ BRANŻĘ JEST BRUTALNE I UCZY ŻYCIA”

Numer ”Banda” zagościł w szeregach mojej ekipy na dobre 3 miesiące wakacji i nie wyobrażam sobie chociażby jednego wypadu bez tego kawałka. Przyjemny bit, luźna nawijka i genialny klip, który pomógł nam zrozumieć nadmorski vibe rapera. Właśnie tak odbierałem Szczyla: niezbyt angażujący, mało emocjonalny, robiący swoją muzykę na tzw. wyjebce. Owa myśl nie zdążyła się jeszcze na dobre uplasować w mojej głowie, a już ją diametralnie zmieniłem. Wylał się na mnie zimny kubeł wody pod postacią kawałka ”Toast Toast”. Smutny, nostalgiczny numer o przemijaniu z pięknym wokalem Agaty Mierzwy pomieszał mi mocno w głowie i dał do zrozumienia, że chłop ma chętkę na coś więcej niż luźna nawijka o paleniu blantów.

Polska Floryda” jest bardzo specyficznym tworem. Jej zawartość to nie typ numerów, do których zrobisz pogo na koncercie, czy poskaczesz z ziomalami na mocno zakrapianej domówce, a bardziej na spokojnie pomachasz łapą i głową w rytm muzyki. Czy to źle? W żadnym wypadku. 

Nawijka Szczyla jest dla mnie w pewien sposób powrotem do przeszłości, tylko w nieco innej, nowoczesnej formie. Muzyka, którą tworzy ma swój niepowtarzalny, chłodny i szorstki vibe, którego próżno szukać u kogokolwiek innego. Wyróżnia się mocno na tle sceny i nie byłbym w stanie zamknąć go w konkretnych ramach. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta unikatowość nie jest odpowiednio wykorzystywana i modyfikowana. Puszczając pojedyncze numery, jestem autentycznie zachwycony, natomiast przelecenie po kolei wszystkich trzynastu mnie po prostu lekko męczy.

W czym więc problem?

Chodzi głównie o jednoliniowy styl rapowania. Tak jak pisałem wyżej, jest to coś unikatowego, jednak zabrakło mi w tym wszystkim zabawy niskim głosem, podrasowania trochę tej specyficznej nawijki. Mamy tu za to ten sam szorstki, poważny i niski głos, bez jakichś większych uniesień.

Numerem, który jakkolwiek odchodzi od tej reguły, jest genialna ”Anastazja”. Tam faktycznie widziałem chęci wyjścia z tej chłodnej skorupy i pokazania się z trochę innej strony. Mimo to czuję, że raper mógł wyciągnąć to jeszcze mocniej. Z tego powodu w moim odczuciu Tymek wypadł lepiej od Szczyla i pokazał się z o wiele lepszej strony (tak, zdaję sobie sprawę z tego, że panowie mają inny staż w muzyce i różne możliwości wokalne).

Czułbym się nie w porządku, gdybym nie zreflektował się w stosunku do jeszcze jednego utworu, jakim jest ”Cień” na feacie z Piotrem Roguckim. W tym przypadku zagrało mi wszystko. Szczyl w pewien sposób dostosował się do stylówki wokalisty, dając nam numer żywcem wyjęty z męskiego grania. Wyszedł ze swojej strefy komfortu i wszedł w kompletnie inną parę kaloszy. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do omawianych wcześniej zarzutów. Optymizmem napawał mnie jeden fragment z występu w Newonce Radio, gdzie raper na żywo nawinął kawałek ”Hiphopkryta”. Chodzi mi w zasadzie o samą końcówkę, gdzie przez sekundę Szczyl uderzył lekko w wyższe tonacje. Z pewnością nie miał tego w planach i nie zastanawiał się nad tym jakoś szczególnie, a szkoda. Jakby właśnie takie i podobne zabiegi zastosował na krążku, odbiór płyty byłby z pewnością atrakcyjniejszy.

Mimo tych kilku może niezbyt przychylnych słów, Szczylowi trzeba oddać jedno — technicznie jest naprawdę dobrze. To, co wydarzyło się na ”Wielkich Miastach”, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Sposób w jaki raper łączy wersy, jak szybko i zgrabnie z nimi płynie po bicie, robi kolosalne wrażenie, zwłaszcza patrząc na ten numer pod kątem debiutu wydawniczego. Analogicznie sprawy mają się przy okazji kawałka ”Fenomenalny”, a w zasadzie samego refrenu. Chapeu bas.

Na sporą pochwałę zasługują producenci, którzy na tym krążku odwalili kawał dobrej roboty. Dobrze oddaje to utwór ”Bang”, za którego produkcję odpowiedzialny był Kubi Producent. Mimo iż nie jestem wielkim fanem jego bitów, tak ten zrobił na mnie spore wrażenie. W pierwszych sekundach myślałem, że Szczyl zdołał ściągnąć na swój krążek samego Steeza, a tu takie zaskoczenie. Na wyróżnienie zasługuje również Magiera, który w swoim autorskim, oldschoolowym stylu umilił nam kawałek ”Hiphopkryta’’. No i oczywiście wisienka na torcie — panowie z kolektywu nolyrics, z którymi Szczyl współgra perfekcyjnie.

Przejdźmy na chwilę do warstwy lirycznej. Numery Szczyla w dużej mierze oddziela tylko bit i tytuł danego kawałka. Większość z nich nie ma nakierowanego tematu, który ciągnąłby się przez cały utwór, a są to luźno rzucane, mniej lub bardziej wyszukane przekminy. Bardzo dobrze radzi sobie na refrenach, które są chwytliwe i zapadające w ucho.

Nie nazwałbym tej płyty szczególnie wesołą i łatwą w odbiorze. W większości opiera się ona o poważne i dosyć dojrzałe tematy i brzmienia, które z pewnością nie przypadną do gustu fanom letniaków w stylu „Bandy”, za to świetnie się sprawdzą jako soundtrack tegorocznej jesieni.

Jest to więc naprawdę dobrze przygotowana, trueschoolowa płyta z miłym, nowoczesnym akcentem. Zabrakło mi po prostu efektu ”wow”. Może niepotrzebnie go szukałem, a mogłem cieszyć się równie przyjemną prostotą, którą zafundował nam Szczyl, bez oczekiwania na fajerwerki. Nie wiem… co na to Dixoni?

Ciekawe tematy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Ciekawe tematy