Belmondo to jedyny raper w Polsce, który może pokazać przyrodzenie, a potem i tak dostanie zaufanie od Tytusa – recenzja „H.A.U”

fot. kadr z klipu Belmondawg – Followup feat. Dizkret

Nadszedł ten dzień, na który czekał cały polski rapowy świat (a przynajmniej ja) – Belmondo w końcu wydał solową płytę. I jest to krążek jakościowy, w co tuż po premierze „Uhqqow” i późniejszych wydarzeniach w jego prywatnym życiu można było wątpić.

Będąc w liceum i słuchając Karwana, nie spodziewałem się, że niejaki (jeszcze wtedy) Bojkot, który gdzieś tam mu się dograł, zostanie w niedalekiej przyszłości tak barwną postacią w rapowym środowisku. Zresztą on też jeszcze wtedy nie znał swojej drogi, bo nie wiedział co to Mobbyn. Był chłopakiem, jakich setki, nagrywał luźne truskule z ekipą, małolatkom podawał lody, a na niebie nie latały drony.

Karwan, 2sty i Kot Kuler w latach 2012-2013 byli czołówką podziemia i wydawało się, że to raczej z całego składu z „Za najlepsze akcje” to przed nimi była najbardziej świetlana przyszłość. Pierwszy mógł pozwolić sobie na odrzucenie propozycji od Step Records, a drugi wydał płytę w PROSTO. Na ich supportach było pod sceną więcej ludzi niż na wypalonych legendach. Umiejętności i charyzmy nie można było im odmówić. Dziś jednak przeciętny słuchacz nie ma o nich pojęcia. Późne 80. i wczesne 90. to najbardziej zmarnowane roczniki w polskim rapie, żadne inne nie potraciły tylu talentów. Wychowani na truskulach i absurdalnych z dzisiejszej perspektywy zasadach o „niesprzedawaniu się i spłacaniu długów w podziemiu”, w swoim prime, trafili na przemiany na scenie. Njuskolowe brzmienia wypierały te klasyczne i nagle okazało się, że nie trzeba mieć 10 nielegali w swojej dyskografii, żeby podpisać papierek z wytwórnią. Nie każdy potrafił sobie z tym poradzić, a próby utrzymania się na świeczniku i przeniesienia się na trapy, w niektórych przypadkach brzmiały po prostu komicznie.

Belmondziakomania przeszła najśmielsze oczekiwania

Inaczej było u Młodego G, tu po prostu „Belmondziakomania przeszła najśmielsze oczekiwania”, potem coś się zepsuło i zaczęło cofać. Wszystko jest jednak na dobrej drodze, żeby to jeszcze nadgonić. Po drodze pełnej upadków tak mocnych, że każdy inny na jego miejscu, już kilka razy, permanentnie skończyłby swoją karierę i nigdy nie pokazał się publicznie, on wydał swoje pierwsze solo przy pomocy Asfalt Records – jednej z najbardziej prestiżowych i dbających o wizerunek wytwórni w Polsce.

Jestem pewny, że Młody G to jedyny raper w Polsce, który może pokazać swoje przyrodzenie, narządy płciowe „koleżanki”, wylądować w wannie u Rafalali, kilkukrotnie wykonać Kwit-Flip, nadszarpując zaufanie słuchaczy, przyjaciół z branży i doprowadzić się do stanu kompletnego odklejenia przez narkotyki, a potem i tak dostanie zaufanie od Tytusa.

Co więcej, ruch z zakontraktowaniem takiej osoby będzie przez właściciela wytwórni traktowany jako sukces, a przez odbiorców szeroko propsowany. Słuchacze wciąż kochają Belmondziaka za to, co swoją muzyką dał i dalej daje branży. Jego forma za czasów „Sos, ciuchy i borciuchy” oraz „Mobbyn” była czymś niespotykanym. Młody G to gość, który wniósł swój unikalny styl, slang i wizerunek, który w najmniejszym stopniu nie jest kopią nikogo zza granicy. To postać, z której do dziś mainstreamowi raperzy podbierają patenty i ma taką charyzmę, że wszystkie głupie filmiki z jego udziałem idą viralem, a każdy swój największy przypał z naturalnością przekuwa w pozytywny mem. Bez niego Oyche Doniz, GSP, Kaz Bałagane czy nawet Hewra, nie znaczyliby dziś tyle, co znaczą. Zresztą pierwsza dwójka już znów nikogo nie obchodzi, gdy nie ma obok nich Młodego Gdynianina.

Gdy odwrócili się od niego bliscy, na jakiś czas spadła też jakość jego muzyki. Sam zacząłem wierzyć, że być może za jego fenomenem stali inni, ale po ogarnięciu się i wypuszczeniu pierwszych singli szybko pozamykał mordy wszystkim niedowiarkom. Belmondo dalej potrafi pisać, dalej jest to dobre, a wiele wskazuje na to, że jego opus magnum jest wciąż przed nim.

„Hustle As Usual EP” to najlepszy możliwy album jaki mógł wydać na ten moment

Materiał jak zdążył nas przyzwyczaić Belmondziak jest krótki, ale dzięki temu odpowiedni na dzisiejsze standardy. Raczej pozbawiony hitów w starym stylu z potencjałem na miliony, może poza singlami „Te Tereny” i „Pappardelle all' arrabbiata”. Za to mamy tu dużo spokojnych utworów jak np. kawałek „CAPTCHA” otwierający płytę. Dopełnia go świetny maszap zawierający pełno nawiązań do całej jego drogi i jest typowym rozliczeniem z przeszłością.

Na krążku jest sporo szczerych, mocnych i… smutnych wersów. Belmondoe kojarzony z często ironicznym podejściem do otaczającej go rzeczywistości, teraz nawija głównie o depresji, samobójstwach, starych demonach, utraconych znajomościach, szansach i oddaje hołd swoim zmarłym kolegom. Zachowuje przy tym swój styl i urok. Czuć w nim szczerość, przemianę i chęć wyjścia na prostą. Zresztą od dłuższego czasu wygląda na podejrzanie trzeźwego, co szybko podniosło poziom treści jego numerów.

Jest skreślony w oczach wielu raperów z czołówki, którzy z nim nie nagrają, chociażby żeby nie psuć sobie wizerunku, ale Belmondo i tak ich nie potrzebuje. Gościnna zwrotka Dizkreta dała mojemu truskulowemu, brudnemu sercu większą radość niż jakby miał tu być Malik Montana czy nawet Sokół. Za to potrzebuje kontynuowania aktualnej drogi, aby nigdy się już nie pogubić. W tym przyda mu się pomoc odpowiednich osób, a takimi wydają się ludzie z Asfalt Records. Oczywiście nie mogło pójść zbyt idealnie i odsłuch albumu szybko spadł ze streamingów. Z jakiego powodu? Nie wiadomo, ale już samo to zrobiło więcej szumu niż udane premiery innych raperów, którzy tego samego dnia puścili swoje płyty.

Ja trzymam kciuki, żeby płyta na streamingi wróciła jak najszybciej, a współpraca rapera z nową wytwórnią była jak najdłuższa i owocna, a wszystko co złe było już za nim.

Ciekawe tematy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Podaj swoje imię

Ciekawe tematy